|
|
Mity i fakty o
mutantach
Wywiad z Árpádem Pusztaiem |
Artykuły, Informacje
Mity i fakty o mutantach
Wywiad z Árpádem Pusztaiem
Z doktorem Árpádem Pusztaiem rozmawia Michał Sobczyk
- Co Pan sądzi o obecnym stanie wiedzy na temat
organizmów modyfikowanych genetycznie (GMO) oraz
potencjalnych zagrożeń, jakie łączą się ze
spożywaniem produktów, które je zawierają?
Orędownicy tej technologii twierdzą, że możemy być
spokojni o swoje bezpieczeństwo, bo są to pierwsze w
historii tak skrupulatnie badane produkty.
- Takie opinie rzecz jasna wprowadzają nas w błąd.
Na „normalne” jedzenie składa się tak przeogromny
zakres rozmaitych produktów, że dokonywanie
uogólnionych porównań z GMO nie może nic wyjaśnić.
Uprawnione jest wyciąganie wniosków wyłącznie z
badań porównawczych, obejmujących z jednej strony
konwencjonalne, „tradycyjne” produkty żywnościowe, a
z drugiej – ich genetycznie zmienione domniemane
odpowiedniki czy też nowe produkty otrzymane z
akceptowanych produktów konwencjonalnych poddanych
„ulepszeniom” za pomocą jakichś nowoczesnych
technologii. Takie bezpośrednie porównania muszą być
oparte na najnowocześniejszej dostępnej metodologii
analityki chemicznej oraz ocenie biologicznego
wpływu na organizmy – rygorystycznych testach
klinicznych na zwierzętach i ludziach. Wszystko to
musi być przeprowadzone (lub przynajmniej
zweryfikowane) przez niezależnych naukowców. Proszę
jednak spróbować znaleźć wyniki takich badań na
temat GMO!
W tych zaledwie kilku przypadkach, gdy
przeprowadzono takie badania i opublikowano ich
wyniki, zawsze były one takie same: nie zostawiały
suchej nitki na produktach modyfikowanych.
O
nieszkodliwości produktów zmienionych genetycznie
można – w najlepszym przypadku! – powiedzieć tyle,
że sąd na ich temat należałoby zawiesić zanim tę
kwestię rozstrzygną wyniki badań przeprowadzonych
przez niezależnych ekspertów. Do tego czasu
zastosowanie powinna mieć tzw. zasada ostrożności.
Produkty modyfikowane genetycznie nie powinny być
dopuszczane do obrotu,
a GMO nie należy uprawiać na
otwartych polach.
- Proszę wyjaśnić, jakie zagrożenia dla ludzkiego
zdrowia są charakterystyczne dla modyfikowanej
żywności. Jak wiele z nich, w świetle mocnych
dowodów naukowych, okazało się być realnymi i możemy
je traktować jako coś więcej niż spekulacje?
- Główny powód do niepokoju stanowi to, że nie mamy
jak dotąd żadnych „twardych” dowodów dotyczących
bezpieczeństwa żywności zmodyfikowanej genetycznie.
Służę za to całkiem licznymi, niezależnymi
świadectwami badaczy, którzy stwierdzili istnienie
rozmaitych zagrożeń związanych
z taką żywnością. Nie
jest raczej możliwe, by je tutaj zaprezentować w
zwięzłej formie. Powiem więc tylko tyle, że wedle
mojej opinii do głównych niebezpieczeństw,
potwierdzonych naprawdę rzetelnymi badaniami,
zaliczyć należałoby problemy z funkcjonowaniem
układu odpornościowego, zwiększone ryzyko reakcji
alergicznych oraz obniżoną wartość odżywczą
produktów poddanych manipulacji
w stosunku do ich
konwencjonalnych odpowiedników. Jeśli poważnie
potraktujemy wyniki badań prowadzonych przez Ermakową, a powinniśmy, choć próbuje się je
podważać, to do tej listy należałoby dodać problemy
z reprodukcją [zespół pod kierunkiem dr Iriny
Ermakowej z Rosyjskiej Akademii Nauk zaobserwował
wysoki poziom śmiertelności i zaburzenia wzrostu u
szczurów, których matki były podczas ciąży karmione
genetycznie modyfikowaną soją – przyp. red.].
- Proszę nam opowiedzieć o swoich badaniach, które
stały się punktem zwrotnym
w dyskusji na temat GMO i
sprawiły, że ze zwolennika tej technologii stał się
Pan jedną
z najbardziej znanych osób w środowisku
naukowym, które ostrzegają przed jej potencjalnymi
skutkami ubocznymi.
- W 1995 r., dwa lata po wprowadzeniu na amerykański
rynek pierwszej genetycznie modyfikowanej rośliny,
pomidora FLAVR-SAVR, w recenzowanych pismach
naukowych ciągle nie było ani jednej publikacji
poświęconej bezpieczeństwu takich produktów, choć
znane były już głosy naukowców,
że mogą być powody
do niepokoju. Dlatego też Departament ds. Rolnictwa,
Środowiska
i Rybołówstwa ówczesnego brytyjskiego
Ministerstwa ds. Szkocji (Scottish Office
Agriculture, Environment and Fisheries Department)
ogłosił konkurs ofert na projekty badawcze w
zakresie możliwego wpływu upraw GMO
na środowisko,
glebę, mikroorganizmy, zwierzęta i zdrowie
konsumentów. Opracowany przez nas, bardzo
szczegółowy plan badań, został przyjęty: uznano,
że
spełnia wszelkie kryteria naukowej ścisłości.
Zadania w ramach całego programu rozdzielono między
jednostkami biorącymi w nim udział. Na prośbę innych
naukowców uczestniczących
w programie, zostałem
mianowany jego koordynatorem.
Zespół badawczy pod moim kierownictwem, działający w
Rowett Institute w Aberdeen, miał
za zadanie
opracować jak najlepszą metodykę oceny ryzyka
związanego z uprawami modyfikowanymi. W tym celu
prowadziliśmy badania na genetycznie zmienionych
ziemniakach,
które miały stanowić model GMO.
Mieliśmy zresztą nawet podpisaną umowę z firmą Axis
Genetics, zapewniającą nam udział w zyskach, jeśli
ostatecznie ich produkt trafi do normalnego obrotu
handlowego.
Kiedy przystępowaliśmy do badań, dysponowaliśmy
wynikami poprzednich ustaleń naukowców. Wynikało z
nich, że produkt wstawianego do ziemniaków genu,
tzw. GNA (lektyna wytwarzana
w cebulkach
przebiśniegów), nie stwarza większego zagrożenia
zdrowotnego dla zwierząt – nawet
w ilościach 800
razy większych niż te, jakie spodziewano się znaleźć
w modyfikowanych ziemniakach. Wszystkie wspomniane
testy polegały jednak na zwykłym aplikowaniu GNA do
diety ziemniaczanej, na której przebywały zwierzęta
doświadczalne. Tymczasem w naszych badaniach szybko
pojawiły się problemy. Najpierw stwierdziliśmy
pierwsze niepokojące oznaki, że modyfikowane
ziemniaki szkodziły nie tylko mszycom (do czego
zostały zaprojektowane), ale także innym organizmom,
w tym pożytecznym owadom, jak biedronka dwukropka,
która w naturze kontroluje populacje mszyc.
Co
jeszcze bardziej niepokojące, dieta oparta na
modyfikowanych ziemniakach hamowała wzrost szczurów,
zwłaszcza jeśli bazowały na niej przez dłuższy czas,
zaburzała prawidłowy rozwój kluczowych organów
wewnętrznych i osłabiała układ odpornościowy.
Uzyskane wyniki skłoniły nas do wniosku, że
wszystkie te problemy wynikają bezpośrednio z samego
faktu zastosowania technologii modyfikacji
genetycznej roślin, jakoby w pełni bezpiecznej.
Przede wszystkim z naszej nieumiejętności
precyzyjnego wstawiania dodatkowych genów do genomów
biorców, tak by nie zakłócać ekspresji „normalnych”
genów.
- Co nastąpiło po tym, jak zdecydował się Pan
zaalarmować opinię publiczną o wstępnych wynikach
badań Pańskiego zespołu? Ta historia nie odbiła się
niestety w Polsce zbyt szerokim echem.
- Bezpośrednio po moim dwuipółminutowym wystąpieniu
telewizyjnym, wyemitowanym w sierpniu 1998 r., moja
macierzysta jednostka była niezwykle zadowolona, że
znalazła się w centrum uwagi. Dyrektor bardzo mi
gratulował, także w oficjalnych komunikatach
prasowych Rowett Institute. Niestety, nie dotrzymał
złożonego mi przyrzeczenia, że nie będzie ujawniał
mediom szczegółowych wyników naszych badań i – co
miało szczególnie katastrofalne skutki – nigdy nie
konsultował ze mną ścisłości treści rozmaitych
oświadczeń dla mediów. Efektem były bardzo poważne
błędy
w udzielanych przez niego wywiadach, co potem
wykorzystywano do napastliwego kwestionowania moich
wyników.
Brytyjski rząd wkrótce poinstruował dyrektora, że
uzyskane przeze mnie rezultaty stoją
w sprzeczności
z jego polityką, przychylną rozwojowi technologii GMO, dlatego należy uniemożliwić ich nagłośnienie
oraz uciszyć moją osobę. I tak zostałem zawieszony,
moje wyniki poddane rewizji przez powołaną naprędce,
doraźną komisję i uznane za naukowo bezwartościowe.
Stało się tak pomimo tego,
że w komisji zasiadali
naukowcy z innych dziedzin niż stanowiła przedmiot
badań,
a mi nie dano możliwości osobistego
wyjaśnienia, jak wyglądała nasza praca badawcza.
Ponadto, skonfiskowano wszystkie nasze wyniki,
przejęto moją korespondencję, a dyrektor jednostki
wystosował do mnie serię listów, w których napisał
wprost: jeśli będę z kimkolwiek rozmawiał
o wynikach
naszej pracy – wszystko jedno, czy będą to osoby
spoza instytutu, czy też jego pracownicy – podejmie
przeciwko mnie kroki prawne. Pozwolono mi wypowiadać
się na ten temat dopiero w lutym 1999 r.
Ponadto, niezwykle ostry atak przypuścił na mnie
naukowy establishment, nie wyłączając Towarzystwa
Królewskiego (The Royal Society) – i to pomimo tego,
że w czternastu zdaniach,
jakie wyemitowano
z
rozmowy ze mną, nie znalazły się żadne bliższe
informacje na temat metodologicznych aspektów moich
badań, a Towarzystwo nie miało sposobności zapoznać
się z nimi w wersji oryginalnej.
Nie wspominając już
o tym, że nie istniały żadne inne badania na
modyfikowanych ziemniakach, przeprowadzone czy to
przez Towarzystwo, czy przez kogokolwiek innego, by
móc porównać ich wyniki z naszymi. Towarzystwo po
prostu opublikowało na łamach prasy specjalistycznej
krytykę moich rezultatów, nie odnosząc się jednak
bezpośrednio do danych zgromadzonych przez nasz
zespół.
Trudno byłoby znaleźć podobne przypadki w
historii publikacji naukowych.
Wszystko to pokazuje, jak diametralnie może się
zmienić punkt widzenia, jeśli tylko jakieś odkrycia
naukowe zagrażają czyimś interesom. Dodatkową
kwestią jest fakt, że większość najważniejszych
decyzji podejmują niewłaściwi ludzie: tacy, którzy
dawno zarzucili aktywną działalność stricte naukową
na rzecz zasiadania w rozmaitych komitetach i
przestali choćby w miarę dokładnie śledzić rozwój
swoich dziedzin.
- Jak Pan skomentuje reakcje innych naukowców na to,
co przytrafiło się Panu po opublikowaniu tych
wyników? Co było częstsze: otwarcie wyrażana
solidarność, milczenie czy kwestionowanie
poprawności rezultatów otrzymanych przez Pana? Jak
wielu z nich aktywnie zaangażowało się w obronę
wniosków z Pańskich badań?
- Część moich kolegów, zwłaszcza w Rowett Institute,
było zastraszonych przez dyrektora.
Część
pozostałych, których prace badawcze były zależne od
wsparcia finansowego przemysłu biotechnologicznego,
atakowała mnie lub, w najlepszym razie, siedziała
cicho i udawała, że sprawy nie ma. Z drugiej strony
jednak wielu naukowców z całego świata, zwłaszcza
tych, z którymi miałem okazję współpracować w
przeszłości (razem z żoną koordynowaliśmy cztery
bardzo poważne europejskie programy badawcze)
stanęło w mojej obronie, gdy tylko mieli możliwość
zapoznać się
z wynikami mojego zespołu,
opublikowanymi przez instytut, oraz moją reakcją na
ten fakt.
Wsparcia udzielił mi także Książę Karol.
- Przeciwnicy wprowadzania GMO podkreślają fakt
bliskich związków środowiska naukowego z przemysłem
biotechnologicznym, sponsorującym większość z jego
działań. Czy oznacza to, że badania finansowane
przez państwo można uważać za wolne od wpływu tego
lobby?
- Stanowczo nie. Rady naukowe w większości krajów
świata, a bez wątpienia w Wielkiej Brytanii
i innych
państwach europejskich, są naszpikowane
przedstawicielami przemysłu biotechnologicznego.
Przykładowo, przez pewien czas brytyjska BBSRC (Biotechnology
and Biology Science Research Council – Rada ds.
Badań Naukowych w zakresie biotechnologii i
biologii) była kierowana przez jednego z byłych
szefów firmy Zeneca, która obecnie stanowi część
jednego z biotechnologicznych gigantów zajmujących
się rozwojem technologii GMO. Nie muszę chyba
wyjaśniać, jaką “swobodę” ma naukowiec, który
otrzymuje fundusze od takiej korporacji, w kwestii
opublikowania danych godzących w jej interesy.
Państwowe wsparcie nauki jest obecnie niestety
jedynie „przedłużeniem” systemu finansowania badań,
opartego na środkach przemysłu biotechnologicznego.
- GMO łączą się z zagrożeniami nie tylko dla
zdrowia, ale także np. dla różnorodności
biologicznej czy możliwości utrzymania się przez
niezależnych, drobnych rolników. Niestety, decydenci
często przyjmują wąski, technokratyczny sposób
patrzenia na te kwestie i nie dostrzegają tego –
nawet jeśli nie są w żaden sposób skorumpowani przez
korporacje biotechnologiczne. A jak to wygląda np. w
przypadku badaczy i studentów zajmujących się
biologią molekularną czy innymi naukami
przyrodniczymi? Jakie jest ich podejście?
- Pieniądze, które na badania otrzymują biolodzy
molekularni, również w większości pochodzą
od
przemysłu, producentów GMO. Jeśliby więc zaczęli
otwarcie zgłaszać wątpliwości wobec tej technologii,
mogą pomachać na pożegnanie swoim grantom badawczym…
Nie sądzę też, by sytuacja innych naukowców,
zajmujących się tzw. naukami o życiu (life sciences),
różniła się w jakikolwiek istotny sposób. A politycy
podążają w tym kierunku, w którym ich zdaniem płyną
pieniądze.
Rzecz jasna, eksperci doradzający im w
sprawach nauki także pochodzą z kręgów biobiznesu.
Udało im się przekonać polityków, że GMO oznacza
przyszłe zyski, dodatkowe dochody budżetowe
z
podatków itp. W Wielkiej Brytanii bardzo znaczną
część funduszy emerytalnych państwo zainwestowało
właśnie w firmy biotechnologiczne…
- Niełatwo jest walczyć z wielkimi firmami, nawet
jeśli dysponuje się naprawdę mocnymi argumentami.
Chciałbym wiedzieć, co Pan uważa za najważniejsze w
walce z lobby
pro-GMO, utrzymującym mit
nieszkodliwości tej technologii.
- Musimy ujawnić skalę skorumpowania badań naukowych
nad organizmami genetycznie modyfikowanymi, na co
jest masa bezstronnych świadectw. Musimy wyjaśniać
obywatelom,
że nie mogą spodziewać się rzetelnych
opinii ze strony przekupionych naukowców. Ludzie
muszą egzekwować swoje demokratyczne prawo do
otrzymywania informacji o sprawach, które ich
dotyczą. Jako że to oni będą ponosić bezpośrednie
ryzyko negatywnych następstw, muszą żądać od
polityków, by przywrócili niezależne badania nad
bezpieczeństwem modyfikowanych produktów.
- Dziękuję za rozmowę.
Miejsce i czas wywiadu: Kraków, 25 kwietnia 2007 r.
Autor: Michał Sobczyk
Źródło: Obywatel
OD AUTORA
Dr Árpád Pusztai (ur. 1931) – światowej sławy
specjalista w zakresie żywienia, zwłaszcza bezpieczeństwa żywności, pionier badań nad
oddziaływaniem lektyn na przewód pokarmowy. Węgier,
który po wydarzeniach roku 1956 opuścił ojczyznę i
wyemigrował do Wielkiej Brytanii.
Na Węgrzech
ukończył chemię, na Uniwersytecie Londyńskim –
fizjologię; tamże uzyskał doktorat
z biochemii.
Wieloletni wykładowca akademicki, oprócz Budapesztu
i Londynu pracował w instytutach naukowych
w Chicago
oraz w szkockim Aberdeen, w Rowett Research
Institute.
W 1998 r. stracił pracę w tej ostatniej placówce za
upublicznienie w wywiadzie telewizyjnym wstępnych
wyników badań, z których wynikało, że jedna z odmian
genetycznie modyfikowanych ziemniaków, szykowana do
wprowadzenia na rynek, może poważnie zagrażać
zdrowiu konsumentów. Po tych wydarzeniach stał się
jedną z czołowych postaci światowego ruchu oporu
wobec blokowania przez korporacje biotechnologiczne
rzetelnych badań nad GMO. Pełni funkcję
m.in.
konsultanta grup zamierzających prowadzić własne,
niezależne testy. Za swoją działalności uhonorowany
m.in. „Whistleblower Award” przez Federację
Niemieckich Naukowców oraz IALANA (Międzynarodowe
Stowarzyszenie Prawników Sprzeciwiających się Broni
Jądrowej), w 2005 r.
Autor i współautor ok. 300 rozpraw naukowych, autor
lub redaktor naukowy kilkunastu książek. Podkreśla,
że nie jest przeciwnikiem biotechnologii, a jedynie
walczy o bardzo dokładne przetestowanie wszelkich
nowych rozwiązań przed ich zastosowaniem. Ostatnio
zajmuje się potencjalnymi zagrożeniami związanymi ze
stosowaniem nanotechnologii w produkcji żywności.
|