|
|
Przemyśl to...
Bajki i przypowieści
Cytaty, fragmenty
Desiderata
Mądrze napisane
Powroty
Dzień powszedni służy temu, aby zajmować się
nim jak najlepiej. Pracujemy, użeramy się z urzędami,
oglądamy telewizję, podróżujemy, internetujemy,
zamawiamy czas w pralni. Jesteśmy jak każdy. Leniwi,
pracowici, kłótliwi, ugodowi..., podobni wszystkim
każdym.
Nawet jeśli nie lubimy pieśni, uczestniczymy w chórze. W
żałobnym chórze, w radosnym. Stoimy w rządku i bierzemy
w nim udział, choć nie zawsze wiemy dlaczego i po co.
Potrafimy cieszyć się z niczego i zasypiamy w kinie,
cierpimy na bezsenność i zaznaczamy rewiry, wojujemy i
wylizujemy rany. O zwycięstwach zapominamy, porażki
pamiętamy i nosimy dumnie jak medale. Pamięć królem
wszystkich zapomnień.
Nie chcemy umierać i żyć też nie chcemy i tak lądujemy w
jakimś nigdzie, pauzie między niebem, ziemią i
piekłem.
To nie jest złe miejsce. Można odpocząć, nabrać siły,
pomodlić się, jak kto lubi, wyjechać, ponarzekać,
poprosić o wybaczenie za kłopoty, których byliśmy
powodem, skreślić życie i urodzić nowe, coś pomyśleć,
coś napisać.
Twoje miejsce i moje miejsce nie są najgorszymi
miejscami na ziemi.
Ktoś uśmiecha się zza słonecznych okularów, ptaszki
podśpiewują, niebo
jak z obrazka, park i oczko stawu. Dzieci na parkowych
huśtawkach nie do rozróżnienia, jedne in vitro,
inne nie. Drzemie staruszka, Tuwim z Miłoszem przeżywają
w teraźniejszości plany na przyszłość, która jest
przeszłością.
Całe życie uczymy się, jak zaprzyjaźnić ze śmiercią,
czym by ona nie była,
a gdy pojawiają się łzy, zawsze można zrzucić winę na
wiatr.
Miłość mówi niekiedy językiem niezrozumiałym, obcym, jak
z kraju, którego bronią demony. A gdy przybywa, potrafi
zamanifestować się szponami, słońcami połyskującymi zza
obłoków jak piękne perełki, a czasem po prostu niczym.
Niektórzy dotrą do swoich marzeń. Inni poznają cudze
marzenia i zostaną one ich marzeniami. Jeszcze inni nie
dotrą nigdy do żadnych marzeń.
Ci zostaną wysłani z powrotem.
|
Andrzej Szmilichowski
Nieznany Świat, 2/2010 |
|
|
Zmora et labora
Pracować po to, by żyć, czy żyć po to, by
pracować? Pytanie egzystencjalne tej rangi,
co "być albo nie być", lub "być albo mieć".
Odpowiedź niemal nigdy nie jest udzielana
natychmiast. Szok oczywistości wspomnianego
pytania, jego bezpośredniość, niemal
obcesowość rozwalająca delikatną strukturę
naszego samozadowolenia wywołuje
w umyślę gwałtowny ruch w poszukiwaniu
gotowej repliki, której w swoich zasobach,
niestety, nie posiadamy.
Wydawało by się, iż praca jest karą za
grzech pierworodny, kiedy za zbytnią
wścibskość wypędzono nas z raju
zapowiadając, że będziemy pracować
i rodzić dzieci w bólach, trudzie i znoju. I
wielu, niezależnie od wyznawanej wiary,
przyjęło ów fakt za dobrą monetę, stawiając
w genach znak równości między wartościami:
trud, znój i praca. Musisz zarobić, utrzymać
rodzinę, więc pracujesz, by żyć - jest to
przymus. Przestaniesz - będziesz miał
wszystko w plecy. I nie pomoże zapewnienie,
że wszak o ptaki niebieskie nikt nie dba, a
żyją i stroją się w piękne pióra. Ty nie
będziesz miał
co włożyć do gara i na siebie.
Niektórzy uzależniają się od tego niczym
masochiści od bólu. Zakładając,
że skoro muszę pracować, konieczne jest
okupienie trudu krwawym potem oraz niechęcią
do tego, co robię, powiązaną z ciągłym
spoglądaniem
na zegarek. Jeśli jednak wykonujesz coś, co
sprawia ci przyjemność,
jeśli praca okazuje się twoją pasją, twoim
hobby, twoją radością życia.... czy wtedy
nie jest ona racą? Może nie powinno się
przyjmować pieniędzy
za coś, co uwielbiamy, a do pracy po zarobek
udać się tam, gdzie będziemy nienawidzić
wszystko, co kazano nam czynić, choćby
dlatego, by przyznać rację Pismu, że znój i
trud stanowią naszą codzienność.
To wielkie szczęście mieć pracę dającą
przyjemność. Ale my, wciąż skuleni w swoim
pełnym kompleksów gorsecie, nie możemy
dopuścić
do zrozumienia, że realnie istniejące
szczęście możliwe jest na co dzień, podczas
każdej chwili wykonywania nałożonych na nas
obowiązków.
Ileż to razy pełen zapału do pisania (moja
praca) musiałem krzywić się
i obwieszczać na glos, że "znowu muszę iść
do tej cholernej roboty",
by nie narazić się na pukanie w czoło,
ostracyzm lub cierpkie uwagi,
że to nie praca, skoro zasiadam do niej z
uśmiechem.
Bo jest w narodzie takie przekonanie, że
jeśli nie upieprzysz się po łokcie, jeśli
pot nie leci ci z czoła, dopóki jej
nie przeklinasz i z radością chwytasz za
narzędzia - to wciąż nie jest praca.
Ewidentna genetyczna pozostałość
po pierwszych rodzicach, po pierwszej klęsce
wypędzenia, po pierwszym poczuciu krzywdy,
zrodzonym z nakazu władzy.
Zaś jednoznaczna odpowiedź na pytanie nie
istnieje. Nie żyjemy po to,
by pracować - byłby to żałosny imperatyw.
Ale też nie pracujemy po to,
by żyć (choć ten imperatyw wydaje się
bardziej zrozumiały). Raczej w celu
zapewnienia sobie egzystencji. A to nie to
samo, co życie.
Życzę wam, abyście swoją pracę -
niezależnie, jaka ona jest i ile wysiłku
trzeba włożyć w nią, aby osiągnąć
zadowalający rezultat - traktowali,
jak przyjemność, nad którą panujecie.
I żebyście żyli pełną gębą.
|
Konwencja mentalna
Nieznany Świat, 12/2009 |
|
|